niedziela, 10 grudnia 2017

Książkowe komeraże #16 czyli Wróbelek z kości

Nie spodziewałam się

Zacznę od tego, że nie spodziewałam się, że ta zaledwie dwustustronicowa książeczka zrobi na mnie tak wielkie wrażenie. Nie lubię ckliwych opowieści, szumnie brzmiących aforyzmów i tego "bardzo poważnego i mądrego gadania". Ta książka nie ma żadnej z tych rzeczy, a przekazuje tyle, ile niektórym nie udaje się przekazać w tysiącach stron. Historia wróbelka z kości porusza do głębi i nie pozwala o sobie szybko zapomnieć. Podczas czytania przywodziła mi na myśl inną wzruszającą opowieść o chłopcu w trudnej sytuacji, którą pewnie większość z was już zna, mianowicie "Oskar i pani Róża".





"Wróbelek z kości" Zana Fraillon, Wydawnictwo Poradnia K

Poznajemy historię małego chłopca, który urodził się w obozie dla uchodźców. Nie zna żadnego innego życia, nigdy nie widział tego, co kryje się za murami, a mimo tego wciąż tęskni do tego, co nieznajome. Razem z poznaną w dziwnych okolicznościach przyjaciółką, szukają drogi do wolności, dla każdego rozumianej w inny sposób. 






Jedna historia, los milionów

Autorce udało się opowiedzieć historię w niesamowicie czuły sposób, bez zbędnych frazesów i niepotrzebnego filozofowania. Zbudowała bohatera z krwi i kości, który zdaje się tak prawdziwy, jak my, a jego losy równie ważne, co losy naszych bliskich. Problem uchodźców co jakiś czas wraca do mediów i na usta społeczeństwa. "Wróbelek z kości" uświadamia, że za każdą liczbą kryje się osobna historia i odrębny dramat, i przede wszystkim człowiek. "Wróbelek" nie poucza, nie używa szumnych słów, po prostu opowiada. Jestem pod wielkim wrażeniem.





Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu:




sobota, 9 grudnia 2017

Książkowe komeraże #15 czyli Początek

Zdaję sobie sprawę ze wszystkich wad książek Browna. Wiem, że są wtórne, te same schematy się powtarzają, a znawcy dopatrują się wielu błędów w jego historiach. Nie zmienia to faktu, że uwielbiam jego książki. Traktuję je jako czystą rozrywkę! 

"Początek" Dan Brown, Wydawnictwo Sonia Draga

Zacznijmy od samego wydania. Książka ma dwie wersje. Pierwsza to ta, którą widzimy na obwolucie, a druga to klasyczny brąz bez zbędnych dodatków. Ta druga — dla mnie bomba! Za obwolutami nie przepadam, często niszczą się i później wyglądają mało estetycznie, zsuwając się z książki, a to, co odkrywamy pod spodem, pozostawia wiele do życzenia. Tym razem jest kompletnie inaczej. Poza tym wydawnictwo użyło idealnego papieru. Delikatne cieniutkie kartki sprawiały, że czytanie książki było przyjemne, nie tylko dla umysłu, ale również dla zmysłu dotyku. Jeśli będziecie mieć kiedyś okazję — dotknijcie tego papieru! Jest niesamowity! 





Sztuka współczesna

Tym razem nurkujemy w świat nauki, techniki i sztuki współczesnej! Uwielbiam to, że Brown w swoich książkach używa odniesień do sztuki. Cudownie jest czytać o obrazach, rzeźbach czy architekturze, które znam, kojarzę i o których coś wiem. To trochę tak jak razem z bohaterem książki spacerować po dobrze znanych ulicach własnego miasta. W tej powieści Brown sięgnął po sztukę współczesną, co bardzo mnie cieszy. Właściwie zewsząd słyszy się dosyć negatywne opinie na jej temat, a ja mam nadzieję, że Brown, umiejscawiając ją w książce, która należy do kultury masowej i która ma możliwość dotarcia do szerokiej publiczności, chociaż trochę ją odczarował.

"W pańskim świecie sztuki klasycznej dzieła są podziwiane za kunszt wykonania i umiejętności artysty, innymi słowy, oceniamy sprawność, z jaką twórca operuje pędzlem lub dłutem. W dziełach sztuki współczesnej chodzi najczęściej o koncept. Raczej podziwiamy pomysł niż wykonanie." 


Co ten Langdon

Langdon, jak zwykle, pakuje się w kłopoty. Jak zawsze, towarzyszy mu piękna kobieta i tak jak w każdej poprzedniej książce, próbuje uratować sytuację. Oczywiście wszystko to dzieje się w akompaniamencie huku wystrzałów, rozkazów wydawanych przez krótkofalówki  i odgłosów pościgu. Nie brakuje niczego, co możemy znaleźć w porządnym amerykańskim filmie akcji. Jedyną wadą wydaje mi się to, że dużo łatwiej niż w poprzednich powieściach możemy domyślić się, kto jest czarnym charakterem i kto zorganizował całą "akcję". Czyżby Brown tracił swój ważny element zaskoczenia? ;) 

 

Jeśli jesteście fanami Browna, to się nie zawiedziecie! A jeśli jeszcze nigdy nie poznaliście Roberta Langdona, to ja gorąco polecam całą serię!

czwartek, 30 listopada 2017

Plan minimum - grudzień 2017

 

 

1."Oliver Twist" Charles Dickens , Penguin Classics

Czytamy klasyki! Olivera znam tylko z filmu, więc pora na książkę! Mam wersję w oryginale i trochę się boję trudnego języka, ale zobaczymy! 




2."Seryjne zabójczynie" Tori Telfer, Wydawnictwo Poradnia K

Tytuł brzmi mrocznie i zachęcająco, chyba nie będę tej książki czytać do poduszki! Na okładce znajdziemy informację o znakomitym researchu i przerażających szczegółach. Już nie mogę się doczekać! 




3."Przewodnik wędrowca" Tristan Gooley, Wydawnictwo Otwarte

Mam wrażenie, że jestem ostatnią osobą, która zabiera się do przeczytania tego przewodnika(?). Jest przepięknie wydana i mam nadzieję, że będę nią zachwycona, tak jak byłam innymi przyrodniczymi książkami Wydawnictwa Otwartego. 





4."Osme życie. Tom II" Nino Haratischiwili, Wydawnictwo Otwarte

Pierwsza część zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Kto wie, może okaże się najlepszą książką tego roku? W związku z tym chciałabym tom drugi skończyć jeszcze w 2017. 






wtorek, 21 listopada 2017

Książkowe komeraże #14 czyli Cholera i inne choroby

"Cholera i inne choroby" Łukasz Kaniewski, Wydawnictwo Poradnia K

Jako magister sztuki mam wewnętrzną potrzebę edukacji w dziedzinie estetyki ;) Uwielbiam dobrze zaprojektowane książki i dlatego ta przykuła moją uwagę. Brawa dla ilustratorki Karoliny Kotowskiej! Pamiętajmy, że to na ludziach dorosłych spoczywa obowiązek pokazania młodszemu pokoleniu różnic między kiczem a tym, co w ogólnym rozumieniu nazywamy "dobrym smakiem". To od nas zależy to, co wybierze dziecko, więc poczucie estetyki powinno się rozwijać już od najmłodszych lat. Różowy plastik czasem warto zamienić na książkę. I ta książka, o dziwo, również może być różowa! Tak jest w tym przypadku, ale to wcale nie jest zarzut. Ilustracje operują wokół czterech kolorów, w tym czerni i bieli. Są jakby ciosane z kamienia, a idealnie oddają każdą kolejną chorobę, bo właśnie o chorobach mówi książka pana Kaniewskiego.



Nie ma owijania

Podoba mi się, kiedy autor nie owija w bawełnę, pisząc do dzieci. Nie widzę potrzeby, by pewne rzeczy ukrywać i tworzyć wokół nich tabu. Choroby są nieodzowną częścią naszego życia, a wiadomo — nie taki diabeł straszny... jak już się go pozna ;) Autor nie unika żadnego tematu. Oprócz alergii, złamania czy przeziębienia znajdziemy w książce owsicę, anoreksję, a nawet depresję! Ja już dzieckiem nie jestem, ale również udało mi się znaleźć ciekawostkę, o której wcześniej nie słyszałam. Mianowicie, czy wiecie, że szczepionki zrzucane lisom, sprawiają, że przestają one mieć jedynego naturalnego wroga, jakim jest wścieklizna? Populacja rośnie wtedy w ogromnym tempie, co sprawia, że inne gatunki jak zające czy ptaki, zaczynają pomału znikać, bo są zjadane przez lisy. I co, kto wiedział?

I jeszcze jedna ważna sprawa! Każdy rozdział rozpoczęty jest krótkim wierszykiem. 

Pani Owsikowa chyłkiem
W ciemną noc wypełza tyłkiem
Aby między pośladkami
Jaja znosić tysiącami

To kto się oprze? ;)


 





Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu


poniedziałek, 13 listopada 2017

Książkowe komeraże #13 czyli Unorthodox


Losy kobiet

Jakiś czas temu świat zwrócił uwagę na nieszczęście kobiet należących do kultury muzułmańskiej. Powstało wiele książek na ten temat, nie tylko biografii czy historii opartych na faktach. Zalała nas również fala powieści, opisujących losy Polek zdanych na łaskę lub niełaskę muzułmańskiego świata. Mam wrażenie, że nagonka na tę kulturę sprawiła, że zapomnieliśmy, że na świecie dzieją się też inne rzeczy i, że walczyć o losy kobiet można na wielu płaszczyznach. 





 

"Unorthodox" Deborah Feldman , Wydawnictwo Poradnia K

W powieści Unorthodox wchodzimy w sam środek ortodoksyjnej żydowskiej społeczności. Czytając książkę, przeżywamy wspólnie z nimi święta, przechodzimy przez cały szereg sytuacji, w których musi znaleźć się dorastająca dziewczynka, żeby w końcu wejść w dorosłość całkowicie bez ostrzeżenia i przygotowania. Poznajemy świat, który jest pełen sprzeczności i hipokryzji i w którym kobiety nie mają prawa decydować o osobie. Autorka chce przybliżyć nam historię tego, jak udało jej się go porzucić.


"Czyń bliźniemu twemu, co i tobie miłe, a kiedy tamten nie wywiązuje się ze swojej części umowy, niech Bóg zajmie się resztą"

Krzyczeć z bezsilności

Deborah Feldman opowiada nam swoją opowieść bez zbędnych upiększeń i bez koloryzowania. Mamy wrażenie, że czytamy o tym, jak było, a nie o tym, co czuje na ten temat bohaterka. Pozwala nam osobiście dokonać oceny. Suche fakty sprawiają, że nie czujemy się w żaden sposób zmanipulowani, autorka nie szuka litości ani pomocy. Po prostu opowiada i jej opowieść wciąga nas od samego początku. Temat nie jest łatwy i, mimo, że koniec historii znamy przed rozpoczęciem czytania, Deborah w zadziwiający sposób prowadzi nas przez swoje życie tak, że ma się ochotę krzyczeć z bezsilności. 

Niebezpieczna broń

Przerażające jest nie tylko to, jak małe i nic nieznaczące są kobiety w tej kulturze, ale przede wszystkim to jak bardzo lęk przed odrzuceniem powstrzymuje mądre i silne dziewczyny przed działaniem. Uświadamia nam, że człowiek jest istotą społeczną, do tego stopnia, że strach przed wykluczeniem z danej społeczności paraliżuje. Dodatkowo uzmysławiamy sobie, że nie potrzeba przemocy fizycznej, by kogoś złamać i pozbawić własnej woli. Przemoc psychiczna jest równie niebezpieczną bronią. 

Jak Ania

Opowieść Deborah przypomniała mi Anię z Zielonego Wzgórza, tylko w dużo mniej przyjemnej i zbyt opresyjnej rzeczywistości. W obu książkach spotykamy dziewczynkę pełną marzeń, która chce żyć po swojemu. Nie chcę zdradzać więcej szczegółów z historii Deborah, ale jeśli zastanawiacie się, czy sięgnąć po tę książkę, to zróbcie to z pewnością. Nie zawiedziecie się!

"Pożądam władzy, ale nie po to,by dyrygować innymi:
chcę być panią samej siebie"





  Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu




sobota, 11 listopada 2017

Podsumowanie października 2017


 

 



Najważniejsze!

W październiku przybyło do mnie sporo książek, naliczyłam 14. A to oznacza odwyk! Do końca 2017 roku nic nie kupuję ;)



7 książek kupionych na Targach Książki w Krakowie

 
2 książki wymienione podczas Wielkiej Książkowej Wymiany


4 książki jako współpraca od Wydawnictwa Poradnia K


1 książka jako wygrana w instagramowym konkursie







A teraz lista przeczytanych:

1. "Szepty kamieni" Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak, Wydawnictwo Otwarte

Mroźno i wietrznie, ale trochę zbyt ponuro i poetycko. Autorzy w tej książce widzą Islandię kompletnie inną niż ja ją widzę. Jeśli chcecie przeczytać o tym więcej zapraszam TU



2. "Porwanie Baltazara Gąbki" Stanisław Pagaczewski, Wydawnictwo Literackie

To opasłe tomiszcze to tak naprawdę trzy książki złożone w jedno wydanie i tak zamierzam je traktować. W październiku przeczytałam pierwszą i co tu dużo mówić? Karramba! ;)


3. "Ósme życie" Nino Haratischwili, Wydawnictwo Otwarte

Dawno nie czytałam powieści, która tak wbiłaby mnie w fotel, tak bardzo mnie wciągnęła i której losami bohaterów tak bardzo się przejęłam. O tej książce nie ma co gadać, TRZEBA ją przeczytać! Na mnie czeka już drugi tom. 


4. "Minimalizm" Leo Babauta, Wydawnictwo Złote Myśli

Nie przeczytałam w tej książce niczego odkrywczego, ale myślę, że to moja wina. Książek na temat minimalizmu mam za sobą już kilka, a o żadnym temacie nie da się mówić w nieskończoność. Wniosek? Pora odpocząć od tematów "okołominimalistycznych".
 

5. "Polska odwraca oczy" Justyna Kopińska, Świat Książki

To bardzo trudna lektura. Sprawia, że człowiek zaczyna bać się mieszkać we własnym kraju. Sprawia, że człowiek przestaje wierzyć w jakąkolwiek sprawiedliwość. Sprawia, że człowiek przestaje ufać ludziom, do których zaufanie powinno być największe: lekarzom, policji, sędziom. To, z czym się zostaje po tym zbiorze reportaży to pytanie: Czy kiedy będę świadkiem takiej sytuacji to czy będę na tyle silna by nie "odwrócić oczu"?
 
 

*** "The Sagas of Icelanders", Punguin Classics

Ta książka była w moim planie na październik i rzeczywiście zaczęłam czytać, ale już teraz wiem, że będzie to wiele miesięcy powolnego poznawania tych islandzkich opowieści i na razie jeszcze nie umiem powiedzieć o nich nic więcej.



Film:

"Twój Vincent", Dorota Kobiela, Hugh Welchman

Nie pisałam tutaj do tej pory o filmach, ale o tym filmie trzeba. We współpracy polsko brytyjskiej powstała animacja, do której każda klatka była osobnym obrazem. Zebrano grono artystów, którzy naśladując pędzel van Gogha postanowili opowiedzieć o nim na nowo. Pomijając historię (na którą spojrzano kompletnie z nowej strony) musimy oddać hołd pracy włożonej w wykonanie tego dzieła. Mamy wrażenie, że obraz drga, jest malowany dosłownie na naszych oczach, a wprawne oko będzie w stanie rozpoznać przejścia pomiędzy ujęciami malowanymi przez kolejnych artystów. Ten film to bez wątpienia ogromne wydarzenie kulturalne i ja kibicuję mu z całego serca.
 



 

wtorek, 7 listopada 2017

Książkowe komeraże #12 czyli Szepty Kamieni i CO Z TĄ ISLANDIĄ?

"Szepty kamieni" Berenika Lenard i Piotr Mikołajczak, Wydawnictwo Otwarte 

Tak się w moim życiu zdarzyło, że miałam okazję być na Islandii. Co zwiedziłam, zobaczyłam i wymarzłam to moje. Miałam nadzieję, że Szepty kamieni zabiorą mnie z powrotem do tego kraju pełnego absurdów. Ale okazało się, że czekało na mnie tylko zdziwienie, bo kraj, który wyziera z kartek książki Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczaka to nie jest Islandia, którą ja poznałam.



Zbyt poetycko

Przede wszystkim jest zbyt poetycko i zbyt smutno.. Oczywiście, temat, który wybrali autorzy, zmusił ich do spojrzenia na islandzkie życie pod konkretnym kątem. Opuszczone miejsca, zapomniane budynki i historie, które wybrali, przytłaczają swoim ciężarem. Trudno opowiadać o nich z wesołością. Ja jednak wyznaję zasadę, że jeśli mamy z czego się cieszyć, to się cieszmy i jeśli mamy poznawać jakieś miejsce, to znajdźmy więcej pozytywnych niż tych negatywnych stron. W związku z tym chciałabym opowiedzieć wam o Islandii takiej, jaką ja ją znam. Jeśli jesteście ciekawi, to zostańcie ze mną na kilku minut. Zasiądźcie wygodnie i poczytajcie :)



Kraj absurdu

Islandia to kraj, w którym absurd goni absurd. Moja wycieczka tam była wycieczką typowo turystyczną, natomiast moja rodzina mieszka na Islandii, a mój tata był wtedy po dwuletnim pobycie tam. Pozwoliło mi to spojrzeć na ten kraj z trochę innej strony, niż zrobiłby to typowy turysta.



Chcecie absurdu? Wyobraźcie sobie, że jedziecie przez wielkie NIC. Przed wami pusta droga. Z prawej wielkie połacie niczego. Z lewej najpierw skały, trochę wodospadów, ale potem również wielkie połacie niczego. Głos z GPSu mówi za 254 km skręć w lewo. Nagle na środku niczego pole kamieni. A wśród nich tablica informacyjna. Wiecie, po co te kamienie? Dla elfów. Wiadomo. Bo to przecież elfy sprawiają, że mroźna i ponura Islandia jest pełna absurdu.

 

Po przeczytaniu tysiąca ulotek, blogów, artykułów masz w końcu listę miejsc, które chcesz zobaczyć. Nic prostszego. Włożyć ciepłe buty, czapkę, kurtkę i pojechać. Prawda? No nie prawda. Nie da się. Trzeba jeździć w kółko, aż niechcący trafisz na miejsce, w którym stoi kilka samochodów  — to informacja dla turystów Tu jest coś fajnego, trzeba się zatrzymać. Znaki? Kto na Islandii słyszał o znakach? Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że kiedy miniesz jakieś małe nic nie znaczące skrzyżowanie, po chwili zobaczysz niewielki znak. Jakby chcieli ci powiedzieć: No tak, tu były te gejzery, co to chciałeś do nich skręcić. Miłego dnia. :)




Jakimś cudem docierasz na miejsce. Jest pięknie, cudownie, niesamowicie. Trafiłeś do raju. Polak postawiłby tu tysiąc budynków i budek. Cieszysz się, że na Islandii można oglądać naturę, w której nie ma ingerencji człowieka. Do czasu. Do czasu aż widzisz kilkusetmetrową przepaść, od której oddziela cię odrobina twojego rozsądku. Bo tylko rozsądek mówi ci, by nie podchodzić za blisko. Nie ma żadnego ostrzeżenia. Tak naprawdę, to jest. Kilka metrów cienkiej linki. Biorąc pod uwagę, że spacer nad przepaścią ciągnie się kilkaset metrów, to nie bardzo rozumiesz, po co w ogóle ta linka tam jest. W myślach widzisz dumnego Islandczyka: Patrz, jak pięknie chronimy turystów! Jest fajnie, ale przemarzłeś na kość i napiłbyś się ciepłej herbaty, prawda? No niestety, na Islandii natura to natura  — czajników brak. Już macie ruszać w dalszą trasę, ale rozglądasz się jeszcze za toaletą. Pewnie już się domyślasz, co będzie. Masz do wyboru 150km do najbliższej stacji lub pobliskie krzaki. Ah, nie! Krzaki to w Polsce. Na Islandii nie ma krzaków. 


Podczas podróży wdajesz się w pogawędkę z Islandczykiem. Ty mówisz, gdzie już byłeś, co zwiedziłeś. On opowiada ci, że musowo musisz jechać do Akureyri. Musowo zobaczyć dwa miejsca: Wioskę Świętego Mikołaja i Ogród Botaniczny. Słyszysz, że niesamowite, że wspaniałe, że nie do uwierzenia. Ogród? Nigdy w życiu nie widziałeś takich roślin. Wioska? Park rozrywki. Przeniesiesz się na biegun. Przeżyjesz przygodę życia. Docierasz na miejsce. Ogród botaniczny? Właściwie to bywałeś w ciekawszych parkach w Polsce. Rezygnujesz, gdy widzisz wielką informację o niesamowitym rodzaju roślinności, a patrzysz na zwykłą koniczynę. Próbujesz dotrzeć do Wioski Świętego Mikołaja. Jakimś nadludzkim wysiłkiem w końcu skręcasz w dobrą drogę. Z oddali widać jakiś domek, który rzeczywiście przypomina te z bajek o biegunie północnym. Podchodzisz. No i jest. Jeden domek i urocza zielono-czerwona toaleta, z której na pewno korzysta  Mikołaj. Tyle. W sensie, to właśnie ta wioska. Ale jeszcze się nie nauczyłeś, nie tracisz nadziei. Dziwisz się, że nie chcą, żebyś kupił bilet wstępu. Wchodzisz do środka i... to sklep. Owszem. Świąteczny, bajkowy, przepiękny. Można się obkupić i wydać miliony. Ale to tylko sklep. Tyle z wioski.


Postanawiasz wysłać kartkę pocztową do rodziny. Idziesz na pocztę, licząc na to że dogadasz się bez problemu bo przecież na Islandii język angielski to praktycznie drugi język. Idziesz do pani w okienku, tłumaczysz po angielsku, o co ci chodzi, pani uśmiecha się szeroko i potakuje głową, więc oddychasz z ulgą. Udało się. Mówisz więc dalej przez kolejne kilka minut, na co pani z jeszcze większym uśmiechem odpowiada ci po islandzku. Na twoje głośne Hę? mówi jeszcze więcej słów po islandzku. Ty nie rozumiesz ni w pięć, ni w dziewięć i próbujesz znowu po angielsku. Prościej, może wcześniej użyłeś zbyt trudnych słów? I kiedy tak się męczysz zerkasz na panią jeszcze raz. Ona rozumie cię idealnie. Widzisz po uśmiechu. I słyszysz, jak znowu mówi do ciebie po islandzku. Dlaczego? Prawdopodobnie jedyną mądrą odpowiedzią będzie: Bo tak.


Innym razem idziesz zrozpaczony do sklepu bo zepsuł ci się kabelek do aparatu no i jak teraz żyć? Przeszukujesz cały sklep. Nie ma. Wiedząc, że to jedyny sklep w mieście idziesz do kogoś z obsługi spytać o kabelek. Pytasz. I nagle cały sklep patrzy na ciebie, jak na kosmitę. Po co kabelek? Zepsuł się, to się zepsuł. Na.. drążyć temat? Po pół godzinie rozmowy, z której nic nie wynika, dowiadujesz się, że gdzieś koło poczty jest sklep elektroniczny. Idziesz tam. Wchodzisz. Dwa telefony, jedna ładowarka, paczka baterii. Cały asortyment. Koniec końców poruszasz pół miasteczka (dosłownie, miasteczka na Islandii nie są duże) i w końcu jakiś Polak ma taki kabelek i pożycza na jeden dzień. Wiesz co się okazuje? Że to nie ten kabelek. Jedyna opcja? Zamówić z Reykjaviku. Dojdzie pewnie, jak już będziesz od dwóch tygodni w Polsce. 


Jeśli twoją bazą wypadową jest zwykłe mieszkanie, a nie hostel masz okazję poczuć jak wygląda prawdziwe islandzkie życie. Jadąc rano na wycieczkę widzisz, że przy jednym z domów stoi ekipa budowlana i rozładowuje sprzęt. Jedziesz dalej, widzisz grupę nastolatków ubranych w ogrodniczki, rękawiczki i odblaskowe kurtki przeciwdeszczowe. Jedziesz dalej. Docierasz na miejsce przeznaczenia (pamiętamy, że po zrobieniu kilku niepotrzebnych kółek, i po kilku przekleństwach na widok znaków ustawionych kilka metrów za skrętem), oglądasz, co masz oglądnąć, zachwycasz się, czym trzeba i wracasz. Ale nagle musisz stanąć, bo na środku drogi leży baran i patrzy na ciebie, jakbyś właśnie wszedł na jego teren. Trąbisz. Owce, które siedziały koło niego, wstają ociężale i schodzą ci z drogi. Baran stoi dalej, no bo co? Bo niby dlaczego miałby zejść? Więc robisz przedziwny manewr wymijania, trąbiąc jak opętany, a baran patrzy się na ciebie jakbyś był co najmniej nic nie wartym robalem. Jak już docierasz do domu, widzisz tę samą grupę dzieciaków, która babrze się w ziemi i sadzi w deszczu (deszcz na Islandii to stan normalny, jak akurat nie pada to mamy stan przejściowy między jednym deszczem, a drugim) jakieś kwiatki. Docierasz do domu i widzisz tę samą ekipę remontową co rano. Rozpakowali może jedną trzecią auta. I widzisz jednego robotnika, jak wiezie coś na taczkach. Watę szklaną wiezie. Jedno opakowanie. Chłop. Dorosły. 


Siadasz w domu na kanapie i zastanawiasz się:  co tu się wyprawia? Wtedy przychodzi z pomocą ktoś, kto mieszka na Islandii już jakiś czas. I opowiada: Te dzieciaki to sposób rządu na to, jak zająć dzieciom czas podczas wakacji, żeby nie robiły głupstw, miały zajęcie, a przy okazji miały trochę kasy  — takie kieszonkowe od państwa. Dają im wiaderko i łopatkę i każą upiększać miasto zielenią. A dzieciaki poszwendają się, pośmieją, pogadają, tu coś zasadzą, tu przez godzinę wypielą grządki. A na koniec tygodnia dostają wypłatę równą połowie wypłaty robotnika na hucie. A robotnicy? Kiedyś budzimy się rano, wychodzimy przez drzwi do pracy, a tu rusztowanie na całej długości naszego domu. Idziemy się spytać, co jest grane. Ano właściciel budynku postanowił zrobić remont dachu i nas nie poinformował. Ok. Chcemy jechać do pracy, ale garaż zastawiony rusztowaniem. No to idziemy do robotników. Panowie! No co panowie?! Trzeba było zapukać, powiedzieć, to my byśmy sobie wyjechali autem. Panowie w ogóle nie wyglądają na przejętych, może raczej zdziwionych. Mówią, że jak trzeba, to oni zdejmą to rusztowanie. Że nie ma problemu. No to następne pół dnia zdejmują rusztowanie. Wyjechaliśmy autem. No to rusztowanie od nowa. No i co? I dniówka do kieszeni, a nic nie zrobione. Aha. A czemu tacy zdziwieni byli? Bo jakby zastawili garaż Islandczykowi, to Islandczyk przez pół roku jeździłby do pracy z sąsiadem. 
To co? Wystarczy tego absurdu? ;)


"The little book of the Icelanders" Alda Sigmundsdottir

Powyżej przedstawiłam wam moją wizję Islandii. Oczywiście, historii i anegdot jest więcej, ale kto by to czytał. Tekst opowiedział wam o tym całym absurdzie, a zdjęcia o tym niesamowitym pięknie. I właśnie dlatego tak bardzo nie pasuje mi smutna opowieść autorów książki Szepty kamieni. Ale doceniam, przypomniałam sobie miejsca, w których byłam, przypomniałam sobie surowość jaka tam panuje i zimno, które przenika do kości. Islandia jest bajkowa, trochę jak z innej planety, ale jest też absurdalna w ten śmieszno-irytujący sposób, że często zwyczajnie nie wiesz co powiedzieć. Książeczka, o której wspominam w podtytule The little book of the Icelanders jest dużo bliższą mi opowieścią o Islandii, więc jeśli kiedyś będziecie mieli okazję po nią sięgnąć to gorąco zapraszam.   






Aha! A wiecie czym się różni świeży turysta od turysty, który spędził już kilka dni na Islandii? Parasolem. To najmniej przydatna rzecz na Islandii. Co jest o tyle dziwne, że na Islandii pada ZAWSZE. A jak nie pada, to właśnie przestało bądź właśnie się zbiera na deszcz. ;)


To co? Jedziecie na Islandię? Odkryć własne absurdy? :D